Flagowy plan Komisji Europejskiej mający tchnąć nowe życie w borykające się z trudnościami sektory produkcyjne bloku wywołuje obawy rządów dotyczące stosunków handlowych i interwencjonistycznej polityki przemysłowej. Nie ma jednak wątpliwości – to klimatyczne prawo w przebraniu.
Długo oczekiwany Akt o Akceleratorze Przemysłowym (IAA) trafił na stół w środę po kilku miesiącach opóźnień. Określa szereg środków mających pobudzić popyt na produkty wytworzone w UE, a tym samym wzmocnić bazę przemysłową bloku, tworzyć miejsca pracy i ograniczyć zależność od importu. Uwagę przykuwa przede wszystkim propozycja „made in Europe”, która zobowiąże rządy i inne organy publiczne do kierowania pieniędzy podatników na produkty spełniające nowe europejskie wymogi dotyczące zawartości lokalnej.
Kiedy szef unijnego przemysłu Stéphane Séjourné prezentował IAA, skupił się na obronie koncepcji „made in EU” i ekonomicznych korzyściach z ustawy. Zastrzeżenia ze strony Komisji, stolic państw UE i krajów partnerskich koncentrowały się głównie na ograniczeniach handlowych i inwestycyjnych. Zielone ambicje IAA pozostały natomiast w cieniu – choć są równie centralnym elementem projektu. Na konferencji prasowej Séjourné przyznał w końcu: „Musimy powiedzieć wprost – Akt o Akceleratorze Przemysłowym przyspieszy dekarbonizację. O to w tym wszystkim chodzi.”
Akt kieruje pieniądze podatników nie na produkcję unijną jako taką, lecz na niskoemisyjne materiały i technologie bezemisyjne wytwarzane w bloku. Na przykład jedna czwarta stali budowlanej kupowanej przez rządy będzie musiała spełniać kryteria środowiskowe. W ten sposób Komisja stara się rozwiązać problem hamujący dekarbonizację przemysłu – niepewność co do tego, czy ktokolwiek kupi bardziej ekologiczne towary, które są obecnie droższe od konwencjonalnych. Pieniądze publiczne, za pośrednictwem IAA, zagwarantują określony poziom popytu.
Nie jest przypadkiem, że zielony wymiar projektu przeszedł stosunkowo niezauważony. Ustawa nosiła kiedyś nazwę Aktu o Akceleratorze Dekarbonizacji Przemysłowej, ale kilka miesięcy temu cicho usunięto odniesienie do klimatu. W środę nie było też widać unijnych szefów ds. klimatu — Séjourné prezentował projekt samodzielnie. To „zielone wyciszenie” wpisuje się w szerszą taktykę, która może się opłacić w czasach, gdy jawna polityka klimatyczna spotyka się w UE z poważnym oporem.
Komisja odeszła już od języka Zielonego Ładu, preferując słowo „czysty” zamiast „zielony” i retorykę bezpieczeństwa zamiast argumentów moralnych. Nawet Frans Timmermans, były unijny komisarz ds. klimatu i architekt Zielonego Ładu, powiedział niedawno na wydarzeniu w Atenach: „skoro jest taki opór, to dlaczego nie przeformułujemy Zielonego Ładu? Dlaczego nie nadamy mu innej nazwy?”. W tym sensie IAA może być właśnie polityką klimatyczną skrojoną pod erę konkurencyjności UE. Jego wpływ na emisje przemysłowe bloku pozostaje jednak pod znakiem zapytania.
Małe marchewki
Przemysł odpowiada za około jedną czwartą unijnej emisji gazów cieplarnianych. By ją ograniczyć, Bruksela dysponuje już arsenałem „kijów” – przede wszystkim Systemem Handlu Emisjami (ETS), który zobowiązuje fabryki do płacenia za emitowany dwutlenek węgla.
IAA ma pełnić rolę „marchewki”. Dwie główne przeszkody w dekarbonizacji przemysłu to wysokie koszty początkowe oraz zagraniczna konkurencja ze strony firm korzystających z masowych subsydiów państwowych lub tańszej energii. To ostatnie to też poważny problem dla rodzącego się w UE sektora czystych technologii i pojazdów elektrycznych, gdzie cieniem kładzie się ogromna zdolność produkcyjna Chin.
Proponowane przez Komisję rozwiązanie polega na tym, by unijne pieniądze publiczne finansowały europejskie produkty korzystne dla klimatu lub przynajmniej mu niezkodliwe – tworząc przewidywalny popyt uzasadniający niezbędne inwestycje przedsiębiorstw. Mówiąc wprost, zamiast kolejnej ustawy nakładającej obciążenia na firmy, Bruksela żąda teraz od rządów, by wydawały pieniądze na bardziej ekologiczne produkty – zachęcając tym samym przemysł do inwestowania w dekarbonizację w celu zdobywania zamówień publicznych. Potencjał jest teoretycznie ogromny: zamówienia publiczne stanowią 15 proc. PKB bloku, czyli ponad 2 bln euro rocznie.
IAA wykorzystuje jednak tylko część tego potencjału i dotyczy jedynie ułamka unijnych emisji przemysłowych.
Łącznie – stwierdza projekt – sektory objęte IAA (stal, cement, aluminium, samochody elektryczne i inne czyste technologie) stanowią około 15 proc. produkcji przemysłowej UE, choć „odgrywają nieproporcjonalnie strategiczną rolę”. Stal i cement to główne źródła emisji – odpowiadają odpowiednio za około 5 proc. i 4 proc. unijnych gazów cieplarnianych. Krytycy ostrzegają, że kwoty określone w IAA są zbyt niskie, by istotnie obniżyć emisje.
IAA wymaga, by 25 proc. wyrobów stalowych kupowanych przez władze publiczne na potrzeby budownictwa lub transportu spełniało normy niskoemisyjne – bez wymogu wytworzenia w Europie. Kolejne 25 proc. aluminium i 5 proc. zamówień na cement musi spełniać zarówno kryteria niskoemisyjne, jak i wymóg „made in EU”. Szczególnie niski limit dla cementu spotkał się z krytyką.
Szczegóły do ustalenia
Poza stalą, aluminium i cementem projekt obejmuje również samochody elektryczne oraz wybrane technologie bezemisyjne: baterie, pompy ciepła, elektrolizery, a także komponenty turbin wiatrowych, instalacji jądrowych i słonecznych.
Przykładowo, rok po wejściu aktu w życie jeden komponent turbiny wiatrowej będzie musiał być wyprodukowany w bloku, a po trzech latach – dwa komponenty. W przypadku pomp ciepła po trzech latach cały produkt końcowy będzie musiał pochodzić z UE, natomiast wszystkie publicznie zamawiane pojazdy elektryczne będą musiały być montowane w UE w ciągu sześciu miesięcy.
W odróżnieniu od wcześniejszych projektów, finalna wersja IAA nie obejmuje już jednak wyrobów z tworzyw sztucznych, takich jak rury i izolacje. Dobrowolna etykieta niskoemisyjna dla stali, obecna w poprzednich wersjach, również nie znalazła się w tekście końcowym. Zamiast tego szersza etykieta dla produktów przemysłowych ma zostać opracowana w późniejszym terminie. Etykieta nie jest jedyną sprawą odłożoną na później. Warto zauważyć, że definicje „niskoemisyjnej” stali, aluminium i cementu zostaną określone w aktach delegowanych.
Teraz, gdy projekt jest już znany, to do rządów państw UE i Parlamentu Europejskiego należy wprowadzanie poprawek i negocjowanie ostatecznej wersji IAA.
Źródło: www.politico.eu