Zielone opakowanie z listkami, hasło „natural” i obietnica ekologiczności – tak wygląda dziś większość kosmetyków na półkach. Problem w tym, że produkty oznaczone jako „naturalne”, „organiczne” i „wegańskie” to trzy różne kategorie, które często są mylone przez konsumentów i wykorzystywane przez producentów do greenwashingu.
Z artykułu dowiesz się:
- Czym naprawdę różnią się kosmetyki naturalne, organiczne i wegańskie?
- Które certyfikaty gwarantują autentyczność deklaracji na etykiecie?
- Jak rozpoznać greenwashing i świadomie wybierać produkty?
Kosmetyki naturalne powstają z surowców roślinnych, mineralnych lub zwierzęcych, ograniczając syntetyczne dodatki takie jak parabeny czy silikony. Mogą zawierać miód, wosk pszczeli czy lanolinę – są naturalne, ale nie zawsze wegańskie. Kosmetyki organiczne idą o krok dalej i wymagają, by składniki pochodziły z certyfikowanych upraw ekologicznych, bez pestycydów i sztucznych nawozów. Kosmetyki wegańskie natomiast wykluczają wszystkie składniki pochodzenia zwierzęcego, ale nie muszą być ani naturalne, ani organiczne – mogą bazować na surowcach syntetycznych.
Jeden produkt może być naturalny i niewegański, inny wegański i nienaturalny. Te kategorie się przecinają, ale nie pokrywają, a to otwiera pole do nadużyć marketingowych.
System certyfikacji. Co gwarantują standardy?
COSMOS to wspólny europejski standard stworzony przez organizacje ECOCERT, BDIH, Cosmebio, ICEA i Soil Association. Występuje w dwóch wariantach – COSMOS Natural, który określa dozwolone kategorie surowców bez wymogu minimalnej organiczności, oraz COSMOS Organic, gdzie co najmniej 95 proc. przetworzonych składników rolniczych musi pochodzić z upraw ekologicznych, a około 20 proc. całego produktu stanowić część organiczna.
Standard NATRUE wprowadza trzy poziomy – kosmetyki naturalne jako podstawę, kosmetyki naturalne z częścią organiczną oraz najwyższy poziom organiczny, gdzie większość surowców pochodzi z kontrolowanych upraw. Progi procentowe zależą od kategorii produktu, więc uniwersalny „magiczny” procent nie istnieje.
Certyfikaty wegańskie działają inaczej. Vegan Society gwarantuje brak składników odzwierzęcych i spełnienie wymogów dotyczących testów na zwierzętach. PETA oferuje programy „Cruelty Free” i „Cruelty Free and Vegan”. Leaping Bunny skupia się na braku testów w całym łańcuchu dostaw. Wegańskość dotyczy składu, a „cruelty-free” testowania – to nie są synonimy, choć konsumenci często je utożsamiają.
Prawo milczy, certyfikaty mówią
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 1223/2009 reguluje bezpieczeństwo kosmetyków, ale nie definiuje pojęć „naturalny”, „organiczny” czy „wegański”. To kategorie rynkowe oparte na dobrowolnych standardach certyfikacyjnych. Rozporządzenie Komisji 655/2013 określa ogólne kryteria dla oświadczeń marketingowych – mają być prawdziwe i możliwe do zweryfikowania. Od 2013 r. w Unii Europejskiej obowiązuje zakaz testowania kosmetyków na zwierzętach, więc deklaracje „cruelty-free” są raczej dodatkową gwarancją niż spełnieniem wyjątkowego wymogu prawnego.
Brak prawnych definicji stwarza ryzyko greenwashingu. Producenci używają haseł typu „eko”, „naturalny” czy „vege” bez pokrycia w składzie lub certyfikacji. Zielone opakowania z listkami i pseudo-znaki przypominające certyfikaty budują wrażenie ekologiczności tam, gdzie dominują tanie, syntetyczne bazy.
Jak czytać etykietę i unikać pułapek?
Przy wyborze kosmetyku warto zadać sobie kilka pytań:
- Czy na opakowaniu widać rozpoznawalny certyfikat, taki jak COSMOS, NATRUE, Vegan Society czy PETA?
- Czy producent jasno podaje procent składników naturalnych lub organicznych?
- Czy w składzie są składniki odzwierzęce, jeśli zależy nam na wegańskości?
- Czy zielona komunikacja idzie w parze z transparentnym opisem składu i procesu produkcji, a może ogranicza się do marketingowych haseł?
Certyfikaty przyznawane przez niezależne jednostki to jedyna pewna gwarancja autentyczności deklaracji na etykiecie. Własne, zielone znaczki producenta o niejasnym znaczeniu nie mają wartości weryfikacyjnej. Dla ułatwienia istnieją aplikacje do sprawdzania składników, np. INCIDecoder czy CodeCheck.
Biodegradowalność i odpowiedzialne opakowania
Organiczne uprawy surowców kosmetycznych ograniczają zużycie pestycydów i wspierają bioróżnorodność, ale wymagają odpowiedzialnego zarządzania wodą i energią. Certyfikaty jak np. COSMOS uwzględniają nie tylko skład, ale także rodzaj opakowań i ograniczanie tworzyw z paliw kopalnych. Gospodarka obiegu zamkniętego w branży kosmetycznej to opakowania wielokrotnego użytku, systemy refill i recykling materiałów. Ślad węglowy składników syntetycznych może być inny niż naturalnych, a transport olejów i masеł roślinnych wiąże się z emisjami. Zrównoważony rozwój w kosmetyce to nie tylko etykieta „eko”, ale całościowe podejście do łańcucha dostaw, energii produkcji i praw człowieka przy pozyskiwaniu surowców. Warto wspomnieć też o biodegradowalności składników. Mikroplastiki, syntetyczne polimery i niektóre konserwanty chemiczne trafiają do oczyszczalni ścieków, a stamtąd do rzek i oceanów. Formuły naturalne i organiczne z założenia ograniczają to ryzyko, choć nie każdy składnik naturalny jest automatycznie biodegradowalny.
Rynek reaguje powoli. Część certyfikatów wymaga już raportowania wpływu środowiskowego, zbliżając branżę do wymogów CSRD i ESG. Konsument ma dziś więcej narzędzi do weryfikacji niż kiedykolwiek – pytanie, czy chce z nich skorzystać.